Wyłączyliśmy „lajki” i nic nie możecie nam zrobić

Z Facebooka korzysta już ponad 14 milionów Polaków. Dużo więcej osób kojarzy natomiast znak podniesionego i opuszczonego kciuka, który został przez Facebooka rozpowszechniony, a który spotkać można obecnie w prasie, filmach, teledyskach oraz w zasadzie każdym rodzaju wizualnego przekazu.

Dla znacznej części użytkowników polubienia stanowią wyznacznik tego czy warto z jakąś treścią się zapoznać, a autorowi tejże treści przynieść mogą satysfakcję z opublikowanego wpisu. Czasami satysfakcja ta przybiera czysto materialną postać, przekładając się na zyski związane z rozpowszechnianiem określonych treści. Z biegiem czasu „lajki” stały się elementem prowadzonych kampanii reklamowych, gdzie często jednym z wymogów stawianych agencjom PR jest właśnie dotarcie do określonej ilości odbiorców (co weryfikowane może być właśnie liczbą „lajków”).

Kilka dni temu, gdy Facebook zlikwidował liczniki „lajków”, przez internet przetoczyła się fala niezadowolenia i gorących dyskusji na ten temat (co prawda nadal można było sprawdzić liczbę „lajków”, ale te informacje zostały ukryte wśród szeregu statystyk dostępnych wyłącznie dla administratora). Ostatecznie liczniki polubień powróciły, nie mniej wieść niesie, że Facebook przymierza się do stałej likwidacji tej funkcji.

W czym problem?

Czy taka błahostka może w ogóle nieść ze sobą jakieś prawne konsekwencje? Okazuje się, że tak, przy czym doniosłość tych konsekwencji zależeć może od tego czy liczniki „lajków” zostaną zlikwidowane całkowicie czy też będą nadal dostępne, przy czym jedynie dla ograniczonej liczby osób. Pierwszy ze wskazanych scenariuszy skutkować może koniecznością renegocjacji szeregu umów zawieranych z agencjami PR. Nie trudno nawet wyobrazić sobie sprawę o zapłatę kary umownej, bądź odszkodowanie (wytoczoną przeciwko agencji PR) – w przypadku gdy taka agencja nie będzie w stanie wykazać, że rozpowszechniane przez nią treści dotarły do określonego kręgu odbiorców.

A co na to „winowajca”?

A sam Facebook? Pobieżnie zapoznałem się z regulaminem dostępnym na stronie i nie znalazłem postanowienia, które gwarantuje użytkownikowi możliwość śledzenia licznika „lajków”. Nawet jednak jeśli postanowienia takie jest, to i tak ewentualna sprawa skierowana przeciwko firmie Big Marka toczyła będzie się w słonecznej Kalifornii, co zapewne skutecznie ostudzi roszczeniowe zapędy wszystkich podmiotów funkcjonujących poza jej terytorium.

 

UdostępnijShare on LinkedInShare on Facebook
(Visited 3 times, 1 visits today)